"10000 B.C." - dwa razy się upewniałem, czy aby na pewno tego czegoś nie spłodził Uwe Boll. Największa kicha jaką ostatnio oglądałem. Tfoorcy naoglądali się "Miliona Lat Przed Naszą Erą", "Walki o Ogień" (bo na 100% nie czytali książki), "Parku Jurajskiego", "Apocalypto" i jeszcze kilku innych filmów. Potem pomieszali pomysły z tych filmów i sklecili z nich coś, co przy sporej dozie samozaparcia (i alkoholu) można obejrzeć.
Pod względem fabuły film sięga dna. Jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem. Na pierwszy rzut oka, fabuła może być nawet ciekawa, ale jak człowiek się zaczyna zastanawiać, to wtedy dopiero zaczyna boleć.
Do tego realizacja tych wszystkich "pomysłów". Namioty za skór, pokryte grubą warstwą śniegu, natychmiast zajmują się ogniem od przyłożonej pochodni. W filmie wspomniane jest, że pierwszy raz spadł "biały deszcz" (śnieg), ale przecież od samego początku filmu możemy obserwować łowców biegających po lekko zaśnieżonych wzgórzach. No chyba, że to szron takie zaspy porobił. No i tygrys szablozębny. Pomysł żywcem zerżnięty z "Walki o Ogień". Ale tfoorcy nie byliby tfoorcami, gdyby nie zapomnieli o odkryciach naukowców. Naukowcy po zbadaniu odkrytych kości, doszli do wniosku, że największe machajrodony mogły osiągać do ok. 300 kg. A kotek w filmie miał wielkość średniej klasy buhaja rozpłodowego (na oko jakieś 600 - 800 kg). A jeszcze trzeba by wspomnieć o mamutach żyjących na rozpalonej słońcem pustyni. O podróżowaniu przez tą pustynię bez jakichkolwiek zapasów wody (na filmie wojownicy nosili tylko broń i ubrania). Wojownicy/łowcy noszący tylko jedną dzidę (bo ani oszczepem, ani włócznią tego nazwać się nie da). Co biorąc pod uwagę, że w czasie polowania służyła głównie jako broń miotana, jest raczej niezbyt przemyślaną decyzją. Takich przykładów bezmyślności tfoorców można wymienić jeszcze sporo.
Spora część początku filmu (gdy akcja dzieje się w krainie Yaghalów) to tandetny montaż komputerowy zdjęć aktorów nagranych w blueboxie ze zdjęciami krajobrazów (widoczne zwłaszcza podczas rozmów bohaterów). Dopiero od momentu napadu na wioskę nie jest to aż tak widoczne. A od ujęć przeprawy przez góry tfoorcy prawie całkiem zaprzestali wykorzystywania tej techniki. A przynajmniej aż do ujęć Miasta Bogów.
Z takich lepszych kretynizmów, to można wymienić jeszcze ździebko mocno zauważalną wielorasowość członków plemienia Yaghalów. Niezbyt to pasuje do kilkudziesięcioosobowej społeczności, która jest (w dosłownym tego słowa znaczeniu) jedną wielką rodziną i w której kazirodztwo jest raczej na porządku dziennym. Zwłaszcza, że od iluś tam pokoleń plemię nie miało kontaktu z innymi plemionami (więc wymiana "lasek" odpada).
Aktorstwo. Hm. Biorąc pod uwagę całokształt "dzieła", aktorstwo nie razi aż tak bardzo. Choć do kilku odtfoorcoofff można by było się przyczepić (na ten przykład, główna rola kobieca).
O zżynaniu z "Walki o Ogień" już wspominałem, teraz o innych. "Dżunglowy atak kurczaków" z "10000 B.C." jest tak podobny do ataku raptorów w "Parku Jurajskim", że aż żal pośladki ściska. Nawet "myrgające" wśród traw oczko i "śpiewy zwierzątek" były. Motyw pościgu za porywaczami, żywcem zerżnięto z "Apocalypto". Miasto Bogów (i stosunki w nim panujące) natomiast, to rozbudowany pomysł twórców "Gwiezdnych Wrót".
Ogólnie - film był nieciekawy, wtórny i głupi, słabo nakręcony i w ogóle dno i wodorosty. Coś w stylu naszego "Wiedźmina", tyle że z ciut lepszym aktorstwem. Daję 1/10.